
Ostatnio działo się trochę, chociaż znowu, czynnie brałam udział we wszystkich wydarzeniach, ale mam wrażenie, że byłam też obserwatorką zza szyby. Do życia budzę się od czasu do czasu, oczy otwieram tylko pod wpływem szczególnych bodźców z otoczenia, które docierają do mnie raczej nieregularnie.
Z reguły nie jestem osobą drażliwą, chociaż kilka tematów na ogół sprawia, że staje się taka marudna, jak zupełnie mała dziewczynka. Jednym z takich tematów są moje stanowczo zbyt długie powroty ze szkoły. Od czasu zakończenia wszelkiej społecznej aktywności, czy to w formie szkoły, czy też jakiejkolwiek innej, rozpoczynam kilkuetapową podróż do domu. Przypuszczalnie przesadzam, wcale nie mam się najgorzej, ale, pod tym względem, wystarczająco źle:) żeby trochę sobie ponarzekać i pojęczeć :). Kończąc jednozdaniową dygresję- wsiadam w rozklekotany tramwaj nr 22, bądź 19, a jeżeli szczęście mam większe- 8 z wszechobecną Dymną. Potem, w zależności od godziny, kieruję się do mpk-owskiego autobusu, albo jednego z prywatnych busików, do których macham aż któryś się zatrzyma. Opcja pierwsza- kiedy stawię się na przystanku punktualnie, spóźnia się bezwstydne, a jeżeli akurat przybiegnę kilka minut za późno, odjeżdża wcześniej. Opcja druga- tutaj wypracowałam już swoją powyginaną pozycję, którą zmuszona jestem przyjąć kiedy tłum zmęczonych mieszkańców krakowskiej aglomeracji przyciska mnie do przedniej szyby, gdzie z kolei zasłaniam kierowcy prawe lusterko. Pod uchem zazwyczaj huczy mi dowolna masowa radiostacja, tak więc wszystkie polskie i niepolskie superhity znam już dosyć dobrze. Kiedy wyzuta i wymięta wytaczam się z dowolnego z wymienionych środków transportu, muszę jeszcze dowlec się do domu położonego około 20 minut marszu od przystanku. Droga jest ładna, bo przez las, i z nieprzyzwoicie dobrymi widokami na Kraków i wsie pobliskie, ale zwykle nie mam siły ani ochoty się nią cieszyć. Ale dzisiaj… Dzisiaj fragment powrotu między punktami wsiąście do busa – dojście do domu przypadł na czas najlepszego światła- okolice godziny 17.30. Jakby tego było mało, po drodze zastał mnie deszcz.. A ja jestem jedną z tych osób, które deszcz nader wszystko uwielbiają. W połączeniu z intensywnym światłem zachodniego Słońca uznałam to za doskonały moment do otworzenia oczu szerzej, pobudki po trochę monotonnym dniu. Jak zwykle wlokę się noga za nogą, tak dzisiaj prawie skakałam. Byłam absolutnie oczarowana tym co widziałam i przeklinałam się w duchu, że nie noszę ze sobą wszędzie aparatu fotograficznego. Po chwili wyciągnęłam telefon i zaczęłam robić zdjęcia nim- lepsze to niż nic :). Tylko, że ze względu na mój komputerowo-komórkowy analfabetyzm nie umiem ich teraz przesłać na komputer, not ale cóż, trudno. Kiedy dotarłam do domu pobiegłam po aparat, ale atmosfera już nie była tak magiczna jak kilkanaście minut wcześniej…
Do tego muzyka z zeszłorocznego fenomenu “Juno” i trudno o lepsze popołudnie :).





http://www.youtube.com/watch?v=JKKNBUMy0II
P.S I już na poważniej. Czuję się bezsilna. Z piątkowych… Artykuł na stronie Gazety.
Najnowsze komentarze