tu też: rachunek sumienia za ostatnie dni 365

W radiu, w internecie, w gazetach, wszędzie podsumowania, to i mi się zebrało na look back:). Tak, żeby mieć do czego wracać:).

Dla mnie był to rok baardzo wielu zmian, chyba najbardziej przyśpieszonego dorastania. Rok wielu skrajności, w którym wsiadłam na niebezpieczną huśtawkę emocjonalną, z której do teraz nie zeszłam (i myślę, że jeszcze trochę na niej posiedzę). Czy udany, nie wiem, na pewno bogaty w nowe doświadczenia.

Szczególne miejsce zajmowała w nim moja najlepsza na świecie przyjaciółka. I wszelkie słowa będą tylko piętrzeniem banałów. Ale Ty wiesz, że jesteś szczególna:).






Nasze noce filmowe, nasze koncerty, nasze wakacje, nasze czeko, nasze schadzki w Loch Camelot, nasze rozmowy o.. o tym i o wym, i tyle innych tylko naszych rzeczy:).

Inni cudowni, bliżsi i dalsi znajomi, też, najlepsi na świecie :).
















Rzecz jasna rodzina. Też najlepsza na świecie:).

Pokochałam koncerty, mając okazję usłyszeć i zobaczyć na żywo…

…Archive, jednej z moich najulubieńszych formacji muzykotwórczych;)

…Placebo, po którym siniaki na nogach i bolące żebra odczuwam do dziś:).


…Gogola Bordello, którego za dobrze nie pamiętam, i któremu zawdzięczam jedną z najbardziej niesamowitych nocy mojego życia.

i Hey, wraz z moją guru Kasią Nosowską:).

Zdjęcia zajęły stałe już chyba miejsce w moim życiu i dzięki nim poznałam tyylu fantastycznych ludzi.












Dziękuję, tak szczerze i od serca. I życzę Wam wszystkim jak najlepiej:)

Zuza, rude i piegowate, czyli to co misie lubią najbardziej;)

Ja i blog to połączenie dosyć… Hm, jeżeli zakłada się, że blog, to rodzaj publicznego pamiętnika, czy też, zależnie od jego charakteru, dziennika, który autor powinien aktualizować z pewną regularnością by móc zdobyć grono zainteresowanych czytelników blablabla, jest to połączenie raczej chybione;). Ale jeśli jest to zakątek, do którego można wracać, gdy ochota przyjdzie, bez wszelkiego rodzaju zobowiązań etc., w moim przypadku sprawdza się doskonale.
Jeszcze przed moim kilkudniowym wypadem marzeń (ale o tym ciii, jeszcze kiedyś się pochwale) odbyła się spontaniczna (czyli organizacyjnie leżąca i żałośnie kwicząca) sesja z, i tu wszelkie znane mi epitety zawodzą, Zuzą, która z wyprawę z Katowic w zabytkowym czinkolu odbyła wraz z Szymonem, i Madzią (http://chocollate.digart.pl).
Wspólnie zmajstrowaliśmy 3 stylizacje, z których poniżej pokazuję właśnie trzecią, ostatnią. Reszta, gdyż w natłoku zdjęć, które czekają na obrobienie, pierwsze dwie cierpliwie jeszcze czekają (z nich pokazuję na razie tylko wrzucone już na digart dyptyki).





Szymon, który na głowę wkłada… No, nie tylko konwencjonalne kapelusze.

Surowe raczej efekty, pośpiesznej niestety części trzeciej a’la najpopularniejsze wyobrażenie starego, amerykańskiego filmu:







A z mniej fotograficznych wynurzeń, i tutaj muszę napomknąć o mojej najświeższej obsesyjnej miłości. His name is Bond. James Bond.
Oczywiście nie chodzi o żadną miłość do Seana czy Daniela, ale do całej filmowej serii- powody są różne, mniej i bardziej błache, ale to już temat na całą osobną notkę.
Po obejrzeniu 21 filmów moim faworytem są chyba „Diamenty są wieczne”, chociaż jak to ze mną, takie rzeczy zmieniają się bardzo szybko;).

tree hugger, czyli pozytywnej energii wybuch kolejny

Ostatnio działo się trochę, chociaż znowu, czynnie brałam udział we wszystkich wydarzeniach, ale mam wrażenie, że byłam też obserwatorką zza szyby. Do życia budzę się od czasu do czasu, oczy otwieram tylko pod wpływem szczególnych bodźców z otoczenia, które docierają do mnie raczej nieregularnie.

Z reguły nie jestem osobą drażliwą, chociaż kilka tematów na ogół sprawia, że staje się taka marudna, jak zupełnie mała dziewczynka. Jednym z takich tematów są moje stanowczo zbyt długie powroty ze szkoły. Od czasu zakończenia wszelkiej społecznej aktywności, czy to w formie szkoły, czy też jakiejkolwiek innej, rozpoczynam kilkuetapową podróż do domu. Przypuszczalnie przesadzam, wcale nie mam się najgorzej, ale, pod tym względem, wystarczająco źle:) żeby trochę sobie ponarzekać i pojęczeć :). Kończąc jednozdaniową dygresję- wsiadam w rozklekotany tramwaj nr 22, bądź 19, a jeżeli szczęście mam większe- 8 z wszechobecną Dymną. Potem, w zależności od godziny, kieruję się do mpk-owskiego autobusu, albo jednego z prywatnych busików, do których macham aż któryś się zatrzyma. Opcja pierwsza- kiedy stawię się na przystanku punktualnie, spóźnia się bezwstydne, a jeżeli akurat przybiegnę kilka minut za późno, odjeżdża wcześniej. Opcja druga- tutaj wypracowałam już swoją powyginaną pozycję, którą zmuszona jestem przyjąć kiedy tłum zmęczonych mieszkańców krakowskiej aglomeracji przyciska mnie do przedniej szyby, gdzie z kolei zasłaniam kierowcy prawe lusterko. Pod uchem zazwyczaj huczy mi dowolna masowa radiostacja, tak więc wszystkie polskie i niepolskie superhity znam już dosyć dobrze. Kiedy wyzuta i wymięta wytaczam się z dowolnego z wymienionych środków transportu, muszę jeszcze dowlec się do domu położonego około 20 minut marszu od przystanku. Droga jest ładna, bo przez las, i z nieprzyzwoicie dobrymi widokami na Kraków i wsie pobliskie, ale zwykle nie mam siły ani ochoty się nią cieszyć. Ale dzisiaj… Dzisiaj fragment powrotu między punktami wsiąście do busa – dojście do domu przypadł na czas najlepszego światła- okolice godziny 17.30. Jakby tego było mało, po drodze zastał mnie deszcz.. A ja jestem jedną z tych osób, które deszcz nader wszystko uwielbiają. W połączeniu z intensywnym światłem zachodniego Słońca uznałam to za doskonały moment do otworzenia oczu szerzej, pobudki po trochę monotonnym dniu. Jak zwykle wlokę się noga za nogą, tak dzisiaj prawie skakałam. Byłam absolutnie oczarowana tym co widziałam i przeklinałam się w duchu, że nie noszę ze sobą wszędzie aparatu fotograficznego. Po chwili wyciągnęłam telefon i zaczęłam robić zdjęcia nim- lepsze to niż nic :). Tylko, że ze względu na mój komputerowo-komórkowy analfabetyzm nie umiem ich teraz przesłać na komputer, not ale cóż, trudno. Kiedy dotarłam do domu pobiegłam po aparat, ale atmosfera już nie była tak magiczna jak kilkanaście minut wcześniej…

Do tego muzyka z zeszłorocznego fenomenu „Juno” i trudno o lepsze popołudnie :).





P.S I już na poważniej. Czuję się bezsilna. Z piątkowych… Artykuł na stronie Gazety.

kolejny dzień

Mokro dziś było w Krakowie i wszystko wydawało się takie odległe.
Ostatnio dzieje się dużo, ale ja żyje pochłonięta przez taką późno zimową melancholię… Odczuwam wiele silnych emocji, ale panuje we mnie niezmącony jak dotąd spokój. Mam wrażenie, że wszystkie zmysły działają gorzej, z wyjątkiem wzroku. Żyję obrazami, pobudzają mnie bardziej niż zazwyczaj. Dziwne.



Dziś skończyłam czytać autobiografię Helmuta Newtona i postanowiłam być wielkim fotografem mody (yhy), potem zobaczyłam od bardzo dawna oczekiwanego „Obywatela Milka”. Oczy mi się już kleją i mózg pracuje coraz wolniej i mniej wydajnie, ale muszę napisać, że film perfekcyjny. Idealny. Nie szokujący, ale zmuszający do pewnej refleksji (w szczególności w związku z obecnymi wydarzeniami- przegłosowaniu słynnej ustawy w Kaliforni, narastającej homofobii w Polsce i, być może, na świecie…). Z całego serca polecam.



Podobni, prawda?

Teraz tylko pozostaje zobaczyć „Slumdoga”, „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”, „Frost/Nixon”, „Jagodową Miłość” (ych, te polskie tłumaczenia), „Oszukaną”, „Braci Karamazov”, „Zaklinacza słów” i „Wątpliwość”… ;)

A jutro opuszczam Kraków i wracam dopiero w marcu.

Scenes from the Gaza Strip

Nasze problemy to nic.

Może i jestem dzieckiem, nie rozumiem skomplikowanej machiny polityki światowej i relacji międzyludzkich, ale… To mnie po prostu przeraża.







źrodło: http://www.boston.com/bigpicture/2009/01/scenes_from_the_gaza_strip.html


bye bye 2008

Noc z 31 grudnia na 1 stycznia spędziłam w towarzystwie najlepszych koleżanek na świecie, a po jakimś czasie dołączyła do nas moja już nie taka mała (za 3 miesiące 7 lat!) siostra ze swoimi przyjaciółkami. I przez jakiś czas bawiłyśmy się z niewielkim tłumem księżniczek z różnych zakątków świata…



Nina i Nina :)

Oby nasze barrdzo udane sylwestrowe poczynania były zwiastunem równie pozytywnego nowego roku. Mam ambitny plan żeby zrobić wszystko, żeby tak właśnie się stało :).

W 2009 chciałabym po prostu być szczęśliwa. Tak jak teraz.

off we gooo…

No i proszę, po długim czasie kiedy nie kontaktowałam się ze światem za pomocą bloga, nagle wyszła ze mnie potrzeba (noszona pewnie od dłuższego czasu, ale dopiero ostatnie dni roku w jakiś sposób ją wzmocniły) powrócenia do tego światka. To będzie dla mnie, bo jestem sentymentalna i lubię sobie poczytać własne słowa sprzed wielu dni/miesięcy, kiedyś może i lat. A jak ktoś chce sobie pooglądać i/lub poczytać, droga wolna.

Rozpisywać się o nie tak rozbudowanych planach w sprawie teści tego oto tworu nie będę, będą na pewno zdjęcia (ostatnio zastępują mi całkowicie słowa), gdy będzie kaprys to i komentarze słowne. Planuję więc ćwiczyć oko, czasem i język :).

Aha, i znudziło mi się już to cholerne smiled, a że wordpress jest dosyć zatłoczonym miejscem (ponad 5 mln blogów, jak poinformował mnie niebieski napis na stronie głównej) i zakres adresów, które mi się podobają dosyć okrojony, jest jedenaście- numer mojego obecnego miejsca zamieszkania. Wolę tak prosto i może bez polotu, ale bez wyszukanych nazw w języku angielskim/francuskim/łacińskim, bądź jeszcze jakimś innym, ładnie i poetycko brzmiącym.

No to jazda :).